
Mając w pamięci lekturę dwóch poprzednich książek Davida Szalaya (Turbulencje oraz Londyn) z zainteresowaniem przyjąłem informację, że jego najnowsza powieść otrzymała Nagrodę Bookera za 2025 rok. Przyznam, że twórczość autora Ciała nie do końca koresponduje z moim oczekiwaniami wobec współczesnej prozy, ale cenię sobie Bookera, dlatego bez zwlekania sięgnąłem po nagrodzoną książkę. Także dlatego, że niedługo po premierze stała się jednym z najważniejszych wydarzeń literackich 2025 roku. Kanadyjsko-węgierski pisarz, znany z wnikliwego portretowania kondycji współczesnego człowieka i jego zagubienia w globalnym świecie, tym razem rezygnuje z wielogłosowej struktury narracji, znanej z jego wcześniejszych tekstów, na rzecz intymnej, ułożonej chronologicznie biografii jednostki. Tytułowe ciało staje się w tej powieści najważniejszym punktem odniesienia – pryzmatem, przez który autor filtruje egzystencjalne pytania o tożsamość, męskość oraz naturę ludzkich popędów. Powieść od pierwszych stron narzuca czytelnikowi specyficzny rytm, który początkowo zupełnie do mnie nie przemawiał, ale – paradoksalnie – przykuł do lektury, która wyszła spod pióra bezlitosnego obserwatora otaczającej nas rzeczywistości.
Głównym bohaterem Ciała jest István, którego czytelnik poznaje jako jako wyalienowanego, chorobliwie nieśmiałego piętnastolatka wychowującego się na jednym z węgierskich osiedli mieszkaniowych. Życie chłopaka gwałtownie przyspiesza, gdy wdaje się on w potajemny, pełen napięcia romans ze znacznie starszą sąsiadką, którego tragiczny i gwałtowny finał zmusza go do opuszczenia domu i ucieczki przed konsekwencjami. Najpierw zostaje żołnierzem i bierze udział w traumatycznej misji podczas wojny w Iraku, a następnie los rzuca go do Londynu, gdzie zatrudnia się jako prywatny ochroniarz. W ten sposób István przenika do hermetycznego świata brytyjskich bogaczy, romansuje z żoną swojego pracodawcy, a ostatecznie sam staje się częścią elity finansowej, zyskując ogromny majątek, który jednak zamiast przynieść mu wyzwolenie, zaczyna go stopniowo i nieuchronnie niszczyć.
To oczywiste, że od pierwszej strony czytelnik koncentruje się na głównym bohaterze Ciała, postaci nieznośnie biernej, z literackim rodowodem typowym dla egzystencjalnych antybohaterów wprost z twórczości Alberta Camusa. Mimo awansu społecznego i wejścia do świata bogatych i wpływowych, István pozostaje człowiekiem uderzająco szorstkim, niemal całkowicie pozbawionym umiejętności artykułowania własnych emocji. Szalay konstruuje postać, która rzadko inicjuje rozmowy, komunikuje się za pomocą banalnych półsłówek, a decyzje podejmuje, zasadniczo, pod wpływem pierwotnych impulsów lub czystego instynktu. To właśnie ciało bohatera – poprzez potrzebę seksualnego rozładowania, nagłe wybuchy przemocy czy powtarzające się epizody wojennej traumy – wie więcej i komunikuje się skuteczniej niż jego zablokowany przez wiele czynników, niemogący odnaleźć się w dorosłości umysł.
Wspomniałem we wstępie, że David Szalay zaskoczył mnie strukturą narracyjną swojej nowej książki i stylem, do którego przez kilkadziesiąt pierwszych stron nie mogłem się przekonać. Jednak nietrudno dostrzec w tej literackiej kreacji pewnej metody; to styl przemyślany, minimalistyczny, zręcznie oddający stan emocjonalny głównego bohatera. Dlatego też pisarz operuje językiem niezwykle oszczędnym, chłodnym wręcz, świadomie odzierając narrację z jakichkolwiek zbędnych ozdobników czy głębokich psychologicznych monologów wewnętrznych. Szalay do perfekcji opanował literackie niedopowiedzenia, zmuszając czytelnika do samodzielnego odkrywania stanów emocjonalnych Istvána z jego drobnych gestów lub wymownego milczenia. Paradoksalnie, taka ascetyczna forma staje się źródłem napięcia i sprawia, że Ciało, mimo swojej emocjonalnej powściągliwości, momentami wręcz obezwładnia siłą wyrazu.
Taka strategia, choć konsekwentna, niesie ze sobą jednak pewne ryzyko i może stanowić dla czytelnika barierę trudną do pokonania. Skrajne wycofanie emocjonalne Istvána oraz jego zaskakująco minimalistyczne dialogi sprawiają, że momentami trudno współczuć bohaterowi lub w pełni zaangażować się w koleje jego losów. W efekcie, które fragmenty książki, szczególnie w pierwszych rozdziałach, mogą nużyć emocjonalną jednostajnością. Ponadto, gwałtowne przeskoki czasowe i nagłe zwroty akcji w drodze bohatera od nędzy do bogactwa bywają traktowane przez autora zbyt swobodnie, służąc bardziej jako tło dla egzystencjalnych rozważań niż jako element w pełni wiarygodnej psychologicznie opowieści. Szalay momentami tak bardzo skupia się na metafizycznej pustce i wyobcowaniu jednostki, że gdzieś po drodze gubi się krytyka bezdusznego kapitalizmu XXI wieku.
Przyznam, że lekturę Ciała skończyłem z mieszanymi odczuciami, ale dałem sobie chwilę na to, aby ułożyć się z historią Istvána. Obiektywnie bowiem nowa książka Davida Szalaya, mimo drobnych mankamentów, broni się jako spójna, surowa i głęboko poruszająca diagnoza szeroko widzianej współczesności. Kanadyjsko-węgierski autor napisał bezkompromisowe w wydźwięku studium człowieka uwikłanego w pochodzenie, biologię i przypadek, akcentując przy tym, że ludzka obecność tu i teraz jest doświadczeniem przede wszystkim fizycznym, a dopiero później intelektualnym. Ciało można zatem odebrać jako powieść mroczną, momentami bolesną, ale też niezwykle odświeżającą, skupiającą się w nierównej walce jednostki z różnie definiowanym determinizmem. Imponującą nienachalnym spojrzeniem na najbardziej skrywane ludzkie lęki. Niekoniecznie budzącą zachwyt od pierwszych stron, ale zyskującą na wartości chwilę po lekturze.
Informacje o książce
autor David Szalay
tytuł Ciało (Flesh)
przekład Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza 2026
ocena 4+/6
recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem
