
Od lat z uwagą śledzę nowości wydawnicze i starannie wybieram kolejne lektury ze świadomością, że nigdy nie uda mi się przeczytać wszystkiego, co z jakiegoś powodu wpadnie mi w oko. Odkąd istnieją media społecznościowe, specjalizujące się w promocji książek, ten wybór jest jeszcze trudniejszy. Z założenia powinny one wesprzeć czytelnika w poszukiwaniu odpowiedniej dla niego książki, często jednak nakręcają popularność tytułom przeciętnym, ale nachalnie promowanym i często wychwalanym bez większej refleksji nad sensem takiego postępowania.
Sam wciąż jestem częścią tej układanki, więc z jednej strony znam kulisy funkcjonowania książkowego systemu recenzenckich naczyń połączonych, z drugiej mogę mieć pretensje tylko do siebie, jeśli skuszony peanami zdecyduję się poświęcić czas na powieść, która w mojej subiektywnej ocenie okaże się niewarta aż tak wysokich ocen. Wybór kolejnej książki (jak każdy wybór – czego jestem świadomy) obarczony jest ryzykiem, ponieważ nawet ulubiony autor potrafi zawieść, a doceniany gatunek rozczarować.
Wygląda na to, że Zbieracze borówek Amandy Peters to jedna z takich powieści; przez chwilę mocno promowana, z wpadającą w oko okładką i nieźle zapowiadająca się fabułą, która im dalej, tym mocniej rozczarowuje spiętrzeniem kolejnych nieszczęść oraz brakiem głębi, której oczekuję od prozy poruszającej sporo ważkich tematów. Zasadniczo nie była to specjalnie zła powieść, ale w przypadku mojego jej odbioru nie pomogły byt wysokie oczekiwania rozbudzone entuzjastycznymi opiniami.
Fabuła Zbieraczy borówek koncentruje się wokół dramatycznego wydarzenia, z konsekwencjami którego bohaterki i bohaterowie będą zmagać się do końca swoich dni. Akcja rozpoczyna się w latach 60. XX wieku w Maine. Rodzina z plemienia Mikmaków z Nowej Szkocji, jak co roku, wyrusza na sezonowe zbiory borówek. Pewnego upalnego dnia sześcioletni Joe ma pilnować swojej młodszej siostry Ruthie, ale dziewczynka znika bez śladu. Mimo zakrojonej na szeroką skalę poszukiwań dziewczynki nie udaje się odnaleźć również dlatego, że jej rdzenne pochodzenie, w oczach policji, świadczy przeciw niej. Z bolesnym piętnem straty rodzina Ruthie będzie próbowała dalej żyć, ale z poczuciem, że świat już nigdy nie będzie taki, jak kiedyś.

Debiutancka powieść Amandy Peters była jedną z tych nowości wydawniczych, którą miałem wielką ochotę przeczytać. Najpierw entuzjastyczne zagraniczne opinie, potem bardzo dobre oceny pierwszych polskich czytelniczek i czytelników, skutecznie przekonały mnie do słuszności tego wyboru. A jednak przeczytałem Zbieraczy borówek z mieszanymi odczuciami, rozczarowany jej płytkością (mimo wielu mocnych wątków) i bez żadnej nowej wiedzy na temat trudnych doświadczeń asymilacyjnych rdzennych mieszkańców Ameryki. Owszem, mogłem sobie uzupełnić tę wiedzę z innych źródeł, co też uczyniłem, ale dla pogłębienia treści autorka mogła pokusić się o mocniejsze zaakcentowanie pewnych kwestii tożsamościowych, wychodząc z prostego założenia, że powieść może być czytana poza krajem jej pochodzenia. W efekcie ta historia sporo straciła na wydźwięku, wpisując się w główny nurt literatury środka – do przeczytania i do zapomnienia.
W przypadku oceny takiej powieści jak Zbieracze borówek najlepiej pasuje postawa adwokata diabła. Widzę bowiem wyraźnie, dlaczego ta fabuła ma prawo się podobać i dostrzegam także jej mankamenty. Historia zniknięcia Ruthie i losy jej rodziny naznaczone są trudną do wyobrażenia traumą, która zdefiniowała ich egzystencję. Ból po stracie dziecka i siostry, poczucie winy jej brata, alkoholizm, przemoc jako forma ucieczki przed bolesnymi uczuciami, wreszcie poszukiwanie własnego miejsca w rzeczywistości, w której stykają się różne kultury to mocne strony powieści. W takim ujęciu książka może się podobać, wywoływać emocje i po prostu wzruszać.
Nagromadzenie tych wszystkich nieszczęść i gdzieniegdzie także melodramatyzm sprawiają, że Zbieracze borówek to powieść jakby pisana pod konkretne oczekiwania odbiorcy literatury środka, zainteresowanego wzruszeniami tu i teraz, a o których niekoniecznie będzie pamiętać podczas lektury podobnej powieści w przyszłości. Podczas czytania miałem poczucie, że śledzę fabułę skrojoną pod jakieś algorytmy, może któregoś z serwisów streamingowych, dla których ta powieść ma wszystko, co potrzebne do nakręcenia współczesnego hitu angażującego, ale tylko i wyłącznie w czasie seansu. Co nieczęsto mi się zdarza, przynajmniej w odniesieniu do literatury pięknej/środka, byłem w stanie trafnie wytypować kolejne wydarzenia ze świadomością, że już gdzieś kiedyś czytałem coś podobnego. Albo oglądałem, ale to kwestia drugorzędna.
Paradoksalnie Zbieraczy borówek czytało mi się dobrze, ale ostatecznie nie mogę ocenić jej wysoko. Mam w pamięci, że to debiut, a ten rządzi się własnymi prawami, książka skierowana do szerokiego grona odbiorców, przyzwoity przykład literatury środka. Szkoda więc, że całość wypadła dość płytko, bazując na oczywistych emocjach i nadmiernie dramatycznych wydarzeniach czy gestach, kosztem psychologii postaci czy próby wytłumaczenia sytuacji rdzennych mieszkańców pogranicza kanadyjsko – amerykańskiego. Te pojedyncze informacje, gdzieniegdzie w plecione w kanwę powieści to trochę za mało, żeby usatysfakcjonować czytelnika oczekującego od powieści czegoś więcej niż kaskady wzruszeń. Przy okazji – celowo pomijam wątek Normy, przede wszystkim dlatego, żeby nie zepsuć pewnej tajemnicy tej historii, choć chyba dość jednak oczywistej. Przysłowiowym gwoździem do trumny (w kwestii niewysokiej oceny) okazuje się cukierkowe zakończenie idealnie wpisujące się w klimat tej prozy, ale wybrzmiewające kolejną fałszywą nutą. Jednym słowem, można Zbieraczy borówek przeczytać, ale ze świadomością, że ta książka to taka literacka wydmuszka.
Informacje o książce
autorka Amanda Peters
tytuł Zbieracze borówek (The Berry Pickers)
przekład Grażyna Woźniak
Wydawnictwo Filia 2025
ocena 3+/6
egzemplarz własny
