LAURA CUMMING „GROM Z JASNEGO NIEBA”

Za każdym razem, kiedy widzę obraz Carela Fabritiusa Szczygieł, myślę o powieści Donny Tartt. Zawsze, kiedy przypominam sobie tę historię, mam przed oczami piękny w swojej prostocie obraz holenderskiego malarza. Dlatego więc nie mogłem sobie odmówić lektury książki Laury Cumming. Brytyjska krytyczka sztuki w niezwykle osobistym eseju Grom z jasnego nieba udowadnia, że o sztuce można pisać jak o najbliższej osobie – z czułością, pasją i głębokim zrozumieniem życia z jego kruchymi podstawami.

Tytułowy grom odnosi się do tragicznego wybuchu składu prochu w Delfcie w 1654 roku, który w jednej sekundzie zmiótł z powierzchni ziemi znaczną część miasta i obiecujące życie Carela Fabritiusa. Autorka po mistrzowsku splata ten historyczny wypadek z osobistą opowieścią o stracie i miłości do swojego ojca, szkockiego malarza Jamesa Cumminga. Nie jest to zwykła biografia ani suchy wykład z historii sztuki, lecz zapis intymnych wręcz rozmyślań o tym, jak sztuka pozwala przetrwać najciemniejsze chwile i jak mocno przeszłość potrafi rezonować w teraźniejszości, jeśli tylko umiemy się jej odpowiednio przyjrzeć.

Centralną postacią tej opowieści jest genialny uczeń Rembrandta, Carel Fabritius, którego dorobek w większości przepadł w płomieniach delfickiej katastrofy. Cumming tropi nieliczne ocalałe dzieła, takie jak słynny Szczygieł czy hipnotyzujący Widok Delftu, analizując je z niemal detektywistyczną precyzją, a jednocześnie z poetycką wrażliwością. Fascynacja autorki tym konkretnym artystą wynika z jego niezwykłej zdolności do chwytania światła i przestrzeni w sposób, który wyprzedzał epokę o stulecia. Poprzez jego historię czytelnik dowiaduje się nie tylko o technice malarskiej, ale przede wszystkim o tym, jak nagła śmierć potrafi zamrozić geniusz w czasie, pozostawiając bolesne pytanie o to, co mogłoby powstać, gdyby nie nieszczęśliwy splot wydarzeń.

Równolegle do historii o siedemnastowiecznej Holandii, Cumming snuje opowieść o swoim ojcu, który nauczył ją widzieć – zarówno świat wokół jak i sztukę w każdym jej przejawie. Relacja ta jest emocjonalnym trzonem książki, nadając jej zaskakującej autentyczności, której często brakuje w literaturze faktu. James Cumming jawi się tutaj jako postać fascynująca – człowiek, dla którego sztuka była sposobem na oddychanie i rozumienie świata, a nie tylko zawodem. Autorka z ogromnym wyczuciem opisuje ich wspólne wizyty w galeriach i rozmowy o kolorach czy kompozycji, co sprawia, że czytelnik zaczyna postrzegać malarstwo nie jako martwy eksponat muzealny, lecz jako żywy dialog między pokoleniami. Ta osobista warstwa sprawia, że lektura staje się uniwersalnym świadectwem tego, jak pasja może być najpiękniejszym dziedzictwem, jakie rodzic jest w stanie przekazać dziecku.

Książka jest również fascynującą podróżą przez holenderski Złoty Wiek, przedstawiony bez zastosowania podręcznikowych schematów. Laura Cumming z niezwykłą plastycznością odmalowuje codzienne życie w XVII-wiecznych Niderlandach, gdzie handel, religia i nauka przenikały się w cieniu wojen i nawracających epidemii. Czytelnik ma okazję przyjrzeć się nie tylko wielkim mistrzom, ale też drobiazgowo oddanym detalom ówczesnej rzeczywistości – od połysku ceramicznych płytek po kurz osiadający na oknach pracowni. To właśnie w tej prozie codzienności autorka odnajduje największą siłę malarstwa tamtego okresu; potrafiło nobilitować zwyczajność i uczynić ją nieśmiertelną, mimo wszechobecnego poczucia przemijalności.

Przyznaję, że mocno zaskoczył mnie styl pisarski Laury Cumming; jej proza jest gęsta od trafnych metafor, chwilami meandryczna, ale na swój sposób klarowna i całkowicie pozbawiona akademickiego zadęcia. Jako wieloletnia krytyczka sztuki, posiada ona rzadką umiejętność przekładania wizualnych, często nieuchwytnych doznań na plastyczny język literatury, co sprawia, że opisywane obrazy niemal materializują się przed oczami czytelnika. Autorka nie boi się subiektywizmu, wręcz przeciwnie – czyni z niego swój największy atut, zapraszając nas do patrzenia na płótna swoimi oczami i odczuwania ich całym sobą. W takiej narracji sztuka staje się bezpiecznym schronieniem, a może nawet azylem; czas na chwilę zwalnia, a ból po stracie bliskich znajduje ujście w pięknie stworzonym ludzką ręką.

Do pozycji zewsząd wychwalanych i nagradzanych zawsze podchodzę z pewną rezerwą. W przypadku Gromu z jasnego nieba zupełnie niepotrzebnie. Książka Laury Cumming to poruszająca, erudycyjna i pięknie napisana opowieść o tym, że życie jest kruche niczym porcelana z Delftu, ale sztuka ma moc sklejania tych potłuczonych fragmentów w nową, wartościową całość. Krytyczka sztuki udowadnia, że choć śmierć przychodzi nagle i bez zapowiedzi, to to, co po sobie zostawiamy – czy to obraz, czy wspomnienie w sercu drugiego człowieka – ma szansę trwać wiecznie. Opowieść o Carelu Fabritiusie to hołd złożony uważności w kontakcie ze sztuką i apoteoza życia, nawet jeśli jest nam ono dane na chwilę. Wzrusza, ale i przynosi ukojenie, a na pewno zostaje w pamięci na długo po lekturze.

Informacje o książce

autorka Laura Cumming

tytuł Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci (Thunderclap: A Memoir of Art and Life and Sudden Death)

przekład Anna Sak

Wydawnictwo Literackie 2026

ocena 6/6

recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem