SARAH MacLEAN „LETNIE SZTORMY”

Są takie książki, które zaczynam czytać z przekonaniem, że dostanę po prostu przyjemną, letnią historię, a w czasie lektury okazuje się, że pod lekką warstwą pełną romansu i pięknych widoków kryje się całkiem poważna opowieść o rodzinnych sekretach. Letnie sztormy Sarah MacLean to jedna z takich powieści – pierwsza współczesna fabuła autorki znanej przede wszystkim z romansów historycznych. W te historii nie brakuje miejsca i na namiętność, i na rodzinne tajemnice, ale przede wszystkim na bohaterki i bohaterów, którzy przez lata nauczyli się funkcjonować według zasad narzuconych przez jednego człowieka. I chyba właśnie ten rodzinny aspekt – ciekawy punkt wyjścia – zainteresował mnie najbardziej. MacLean nie próbuje udawać, że Stormowie, rodzina z jej książki, są sympatyczną, idealną familią z wprost z katalogu luksusowych posiadłości. Nietrudno się domyślić, że jest wręcz na odwrót.

Alice Storm od pięciu lat nie ma kontaktu z rodziną. Odeszła z domu po konflikcie z ojcem, który kontrolował życie swoich dzieci, a po jego śmierci wraca na prywatną wyspę u wybrzeży Rhode Island. Zamierza wziąć udział w pogrzebie i jak najszybciej wrócić do swojego życia, ale Franklin Storm nawet po śmierci nie zamierza jej tego ułatwiać. Zostawia dzieciom nietypowy testament – muszą spędzić tydzień na wyspie i wykonać przydzielone im zadania, żeby otrzymać spadek. Jeśli którekolwiek z nich zawiedzie, wszyscy tracą pieniądze. Nad przebiegiem całej rozgrywki czuwa Jack Dean, prawa ręka Franklina, którego Alice poznała jeszcze przed jej powrotem na wyspę. I tak zamiast spokojnego pożegnania z ojcem czytelnik dostaje zamkniętą na niewielkiej przestrzeni rodzinę, mnóstwo niewypowiedzianych pretensji, sekretny romans, walkę o władzę i tytułowy sztorm, który dosłownie odcina bohaterów od świata.

Stormowie mają wszystko, czego można pozazdrościć: ogromny majątek, prywatną wyspę, firmę i nazwisko, które otwiera każde drzwi – a jednak niemal wszyscy żyją pod dyktando ojca. Sam próbuje udowodnić swoją wartość jako następca Franklina, Greta ukrywa ważną część swojego życia, Emily długo funkcjonuje w przekonaniu, że w rodzinnej układance zajmuje bezpieczne miejsce na drugim planie, a Alice jako jedyna zdecydowała się wyrwać z tego zaklętego kręgu. Właśnie dlatego jej powrót na pogrzeb ojca jest czymś więcej niż początkiem rodzinnej awantury. Dziewczyna próbuje sama zbudować swoje życie, ale zderza się z rodziną przekonaną o tym, że nazwiska i pieniądze nie da się zostawić za sobą. Osobiste zawirowania w jej rodzinie obrazuje motyw sztormu szalejącego nad wyspą dokładnie wtedy, kiedy rodzinne sekrety zaczynają wychodzić na jaw. Trudno zatem nie zauważyć, że MacLean świadomie zestawia burzę za oknami z tym, co od lat dzieje się między Stormami.

Letnie sztormy, jak na prozę gatunkową przystało, nie są wyłącznie opowieścią o toksycznej rodzinie i dziedziczonych traumach. Jest więc romans Alice i Jacka, który bardzo dobrze wpisuje się w to, czego można oczekiwać po powieści z motywem lata w tle. Jack jest przystojny, pewny siebie, momentami irytujący, a przy tym ma własne zdanie na temat Franklina i jego metod działania. Podobało mi się, że relacja między Alice i Jackiem nie pojawiła się w fabule tylko po to, aby podgrzać atmosferę. Alice musi zmierzyć się z niewygodną prawdą: mężczyzna, którego pożąda, jest jednocześnie częścią świata, od którego próbowała się uwolnić. Z kolei Jack z czasem pokazuje, że nie zamierza być kolejnym człowiekiem wykonującym polecenia Franklina. Ich relacja ma zatem związek z głównym tematem powieści – wyborem własnej drogi. Pytanie więc, czy Alice wreszcie uwierzy, że może wybrać siebie bez konieczności całkowitego odcinania się od rodziny.

Początek powieści Sarah MacLean przypadł mi do gustu: pomysł rodzinnej gry i kolejnych zadań ma w sobie coś z mieszanki dramatu rodzinnego, romansu i historii o majętnych ludziach, którzy najwyraźniej nigdy nie słyszeli o dyplomatycznym rozwiązywaniu problemów. Z czasem jednak miałem wrażenie, że sama rozgrywka w Letnich sztormach schodzi na drugi plan, a książka coraz mocniej skupia się na kolejnych sekretach i relacjach między bohaterami, co wyraźnie spowolniło tempo fabuły. Doceniam, że autorka nie próbuje w prosty sposób naprawić tej rodziny. Krzywdy nie znikają dlatego, że ktoś wreszcie wypowiada właściwe słowa, a przebaczenie nie oznacza automatycznego powrotu do tego, co było. Bohaterki i bohaterowie sami muszą dojść do trudnej prawdy: można kochać swoich bliskich i jednocześnie uznać, że pewnych ich zachowań nie da się już zaakceptować.

Ostatecznie Letnie sztormy okazały się jeszcze jedną powieścią gatunkową, o której raczej nie będzie się długo pamiętać, choć motyw odzyskiwania własnego życia przypadł mi do gustu. Sarah MacLean pisze sprawnie, ale książce dobrze zrobiłoby, gdyby była nieco krótsza. Autorka wzbogaca typową historię obyczajową romansem z odpowiednią dawką napięcia, piękną scenerią Rhode Island, rodzinnymi sekretami i prawdziwą burzą, więc trudno narzekać na brak emocji. Nie każda część tej historii przekonała mnie w takim samym stopniu, a tempo momentami zwalniało bardziej, niż bym oczekiwał, jednak całość zostawiła mnie z poczuciem, że przeczytałem lekką powieść w sam raz na kończące się lato. Nie jest to z pewnością literatura szczególnie wysokich lotów, ale znakomicie sprawdza się jako niezobowiązująca rozrywka i tę rolę odgrywa lepiej niż dobrze. Oczami wyobraźni widzę jej ekranizację w postaci wakacyjnego serialu i kto wie, może doczekamy się perypetii rodziny Stormów na małym ekranie?

Informacje o książce

autorka Sarah MacLean

tytuł Letnie sztormy (These Summer Storms)

przekład Monika Skowron

Wydawnictwo Czwarta Strona 2026

ocena 4/6

recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *