
O czasie napisano chyba wszystko, analizując tę wielkość fizyczną pod każdym względem i w różnych aspektach. Po motyw czasu sięga oczywiście także literatura piękna, upatrując w czwartym wymiarze źródła rzeczywistości i tła dla wszechświata. Czytelnik zatem ma prawo zastanawiać się, czy w tej kwestii jest jeszcze miejsce na jakieś zaskoczenie. Po lekturze O objętości czasu Solvej Balle można odpowiedzieć że tak – mijające minuty i godziny to nadal niezwykle atrakcyjny, wciąż budzący emocje składnik świata przedstawionego. Czas nie jest przezroczystym tłem dla wydarzeń, lecz głównym bohaterem, tworzywem fabularnym i głównym problemem prozy duńskiej powieściopisarki. Solvej Balle bierze na tapet dobrze znany motyw pętli czasowej i pozbawia go większości efektownych fabularnych sztuczek. Nie interesuje jej możliwość naprawienia świata, cofnięcia błędu czy wykorzystania nadzwyczajnej sytuacji do własnych celów. Interesuje ją człowiek, który nagle zostaje wyrzucony z linearnego porządku istnienia. I właśnie chyba dlatego ta niewielka objętościowo książka okazuje się tak pojemna, a lektura pozostawia niedosyt. I przygotowuje czytelnika na więcej.
Tara Selter, antykwariuszka zajmująca się handlem starymi książkami, pewnego dnia odkrywa, że utknęła w osiemnastym listopada. Następnego ranka znów jest osiemnasty listopada i kolejnego również. Dla Thomasa, jej męża, każdy dzień zaczyna się od początku, natomiast Tara zachowuje pamięć poprzednich wersji tej samej daty. Liczy kolejne osiemnaste dni listopada, obserwuje powtarzalność pogody, zachowania ludzi i domowej rutyny, prowadzi zapiski, próbuje zrozumieć reguły tego osobliwego świata. Wraca myślami do wydarzeń, które mogły zapoczątkować anomalię, między innymi do pobytu w Paryżu, spotkania z handlarzem książkami i drobnego wypadku. Z czasem jej największym problemem przestaje być jednak samo pytanie, dlaczego czas się zatrzymał. Ważniejsze staje się inne – jak żyć, kiedy tylko jedna osoba pamięta, że życie powinno posuwać się naprzód.
Mam wrażenie, że siła O objętości czasu tkwi odwadze Solvej Balle, która odwraca logikę klasycznej powieści. Zwykle jedno wydarzenie prowadzi do następnego, decyzja rodzi konsekwencję, bohater zdobywa doświadczenie, zmienia się świat. Tutaj wszystko zostaje pozornie unieruchomione, a jednak zmienia się Tara. Każde kolejne powtórzenie sprawia, że ten sam deszcz przestaje być tym samym deszczem, ta sama rozmowa nie jest już tą samą rozmową, a wspólna codzienność z Thomasem coraz wyraźniej ujawnia swoją kruchość. Powtarzalność nie oznacza zatem identyczności. To chyba jeden z najważniejszych paradoksów tej fabuły: można przeżywać dokładnie ten sam dzień, a mimo to nieustannie się od siebie oddalać. Pętla czasu staje się metaforą małżeństwa, pamięci, rutyny, samotności i życia, w którym każdy dzień wygląda podobnie, choć człowiek przeżywający je naprawdę nigdy nie pozostaje taki sam.
Moją uwagę zwróciła także konstrukcja tej powieści. O objętości czasu nie jest klasyczną narracją z ciągiem przyczynowo-skutkowym, lecz czymś na kształt dziennika prowadzonego przez osobę próbującą nadać sens rzeczywistości, która czuje, że tego sensu została pozbawiona. Numerowanie kolejnych dni jest absurdalne i jednocześnie do bólu racjonalne: skoro nie można mierzyć czasu jego następstwem, trzeba mierzyć go pamięcią. Tara zapisuje więc nie tylko to, co się wydarza, ale również to, co wydaje się być jej wyimaginowaną nadinterpretacją, zaś celowe powtórzenia stają się metodą poznania nowej rzeczywistości. Powieść staje się w ten sposób bardzo literackim eksperymentem – zamiast pytać, co jeszcze można opowiedzieć, autorka sprawdza, ile znaczeń można wydobyć z jednego dnia, tylko z pozoru takiego samego, jak poprzedni.
Tytułową objętość czasu można interpretować jako jako pytanie o możliwość zmierzenia czegoś, co z natury wymyka się pomiarowi. Jaką objętość ma jeden dzień? Ile czasu mieści się w powtórzonym dniu? Czy wspomnienie należy jeszcze do teraźniejszości, czy już do przeszłości? I wreszcie: czy przyszłość istnieje, jeśli nie możemy do niej dotrzeć? Świat Tary jest przy tym dziwnie konkretny – dom, sklepy, książki, pogoda, jedzenie, przedmioty, odgłosy – a jednocześnie, strona po stronie, coraz bardziej nierzeczywisty. A nie jest to świat po jakiejś katastrofie, lecz rzeczywistość, w której katastrofą jest braku następstwa i ciągu dalszego. Autorce wystarcza jeden listopadowy dzień, żeby podważyć bezpieczne przekonanie, że rzeczywistość wokół jest stabilna i przewidywalna.
Co ciekawe, czytelnik nie dostaje instrukcji obsługi czasu ani tym bardziej jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego Tara znalazła się poza jego zwykłym rytmem. Pierwszy tom jest raczej otwarciem eksperymentu niż jego rozwiązaniem i kończy się bez klasycznego domknięcia. Dla jednych będzie to frustrujące (co poniekąd rozumiem); dla mnie stanowi część większego zamysłu: skoro bohaterka nie może przejść do następnego dnia, czytelnik również nie powinien otrzymać wygodnego zakończenia i tym samym poczucia komfortu. O objętości czasu warto czytać nie jako fabułę o pętli czasowej, ale jako powieść o uzależnieniu od czasu linearnego. O tym, że całe poczucie sensu budujemy na przekonaniu, że coś się kończy, coś zaczyna, a jutro różni się od dzisiaj. Solvej Balle zabiera swojemu czytelnikowi tę oczywistość i zostawia z osiemnastym listopada. I nagle okazuje się, że jeden dzień może mieć objętość całego życia.
Informacje o książce
autorka Solvej Balle
tytuł O objętości czasu (Om udergning af rumfang I)
przekład Sylwia Izabela Schab
Wydawnictwo Poznańskie 2026
ocena 4+/6
recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem

One Reply to “SOLVEJ BALLE „O OBJĘTOŚCI CZASU” (#1)”