PODSUMOWANIE MIESIĄCA – SIEPIEŃ 2021

Koniec sierpnia zawsze nastraja mnie melancholijnie. Nie przepadam za latem i z utęsknieniem wypatruję jesieni, ale summertime sadness dopada mnie za sprawą powrotu do pracy. A, jak każda inna, wiąże się z licznymi obowiązkami – oczywiście czasochłonnymi – które powodują, że czytanie i blogowanie nierzadko schodzi na dalszy plan. Nie oznacza to, że nie lubię swojej pracy – wręcz przeciwnie – szkoda jedynie, że chwilami jest nazbyt absorbująca.

Co roku o tej porze zastanawiam się, jak ułożyć się z czytaniem i pisaniem o książkach w obliczu kolejnego roku szkolnego. Najgorsze (czyli całkowitą rezygnację z obecności w blogosferze) od dawna wykluczam, jednak sukcesywnie ograniczam przyjmowanie egzemplarzy recenzenckich i trzy razy zastanawiam się, czy naprawdę muszę przeczytać proponowana książkę tu i teraz. Nie muszę i co paradoksalne, często wolę kupić książkę i odłożyć na półkę, niż czytać na akord, bo skoro się zobowiązałem, to powinienem wywiązać się z umowy. Od dawna wiem także, że nie muszę fundować sobie takiej presji, która psuje przyjemność czytania.

Oczywiście mam sporo zaległości, kilka tytułów czeka na zrecenzowanie, ale ostatnio złapałem się na tym, że nie ma większego komfortu niż swoboda wyboru tego, co aktualnie mam ochotę przeczytać. Niby oczywista oczywistość, ale czasem czytam i u Was, że w zalewie nowości oraz zobowiązań tęsknicie za możliwością wyboru. A jej brak rodzi zniechęcenie i frustrację. Wiem, o czym piszę, mam to za sobą.

Nie wiem, czy będzie mnie na blogu i instagramie mniej czy tak samo, nie wiem, czy posty będą regularne, czy z doskoku. Wiem na pewno, że blogowanie sprawia mi dużo radości i nigdzie się nie wybieram. Wszak za kilka tygodni astronomiczna jesień – najlepsza pora na lekturę z kubkiem ciepłej herbaty, kocykiem, deszczem za oknem i ulubioną muzyką w tle.

A wracając do sierpnia – przeczytałem dwanaście książek, zrecenzowałem sześć. O pozostałych napiszę więcej już we wrześniu, który (wracając do początku) zawsze mam bardzo trudny.

Potwór Waltera Deana Myersa – klasyka literatury YA – nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale podobno filmowa adaptacja na Netfliksie daje radę. Raczej nie mam w planach sprawdzić, czy to prawda.

Powrót do literatury spod znaku płaszcza i szpady w interpretacji Olivera Clementsa, niestety, okazał się sporym rozczarowaniem. Oczy królowej to nie była dobra powieść.

Natomiast Jørn Lier Horst nie zawodzi i Sprawa 1569 to kolejny, bardzo udany kryminał z komisarzem Williamem Wistingiem.

Nie ukrywam, że mam słabość do serii o policjantach z Lipowa Katarzyny Puzyńskiej. Z poślizgiem sięgnąłem po Śreżogę i skończyłem lekturę z mieszanymi uczuciami. Wygląda na to, że formuła cyklu już się wyczerpała i czas myśleć o zakończeniu tej serii.

Powrót po latach do Chemii śmierci Simona Becketta okazał się strzałem w dziesiątkę! Do tego stopnia, że mam planach ponowną lekturę następnych tomów.

I na koniec prześmiewcze, zgryźliwe i jakże prawdziwe – felietony Fran Lebowitz po raz pierwszy po polsku. Gdy nie serial dokumentalny na Netfliksie, kto wie, czy poznalibyśmy styl komentatorki w Nie w humorze – polecam, bo to czyste złoto!

I to by było na tyle. Jaki miesiąc, takie podsumowanie. Ale! Jest tak, jak ma być. Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie! Pozdrawiam Was serdecznie, Tomasz